czwartek, 5 kwietnia 2018

Zainspirowana tekstami Jeremiego Przybory i Kabaretem Starszych Panów

Wybrałam się w podróż sentymentalną i słuchałam na YouTube piosenek z Kabaretu Starszych Panów. Kilka z nich wykonujemy również z naszym chórem Kontrapunkt. Testy Jeremiego Przybory - niedoścignionego mistrza wyzwań dla dykcji - zawsze wzbudzały we mnie podziw swoją pomysłowością i układem rymów. Siadłam więc sobie przy kawie i spróbowałam swoich sił. Oto tekst (mimo, żem kobieta, to tekst jest męski), który powstał w wyniku tych inspiracji. Nadałby się na piosenkę dla jakiegoś kabaretu?


Kęs miłości

Dostrzegłem ją wśród rzędu kas
Choć byłem tam niejeden raz
Wręczając jej pieniądze
Poczułem nagle żądze
Zadrżałem
Dreszcz przeszedł całym moim ciałem
Serce galopem biło, cwałem
A jeszcze szybciej pędził czas

Kupiłem więc przy kasie kwiat
Wręczyłem jej i milczę. Pat!
Kolejka się wydłuża
Już jakiś gość się wkurza
Co teraz?
Wyraźnie kroi się afera
Umówić chcę się, lecz mnie zżera
Nieśmiałość mimo moich lat.

Na paragonie pisze mi
Swój numer, resztę daje i
Umawiam się z nią wkrótce
Na kawę w „słodkiej budce”
A potem
Gdy serce wali mi z łomotem
Wyznaję miłość zlany potem
Otwieram duszy mojej drzwi

Chciałem miłości uszczknąć kęs
Trzepocąc rzędem rzadkich rzęs
Lecz na nic się to zdało
Cofnęła nagle ciało
Bo ona
Nie taka słodka, raczej słona
Choć dziewczę jeszcze, nie matrona
A już odkryła żądz mych sens

Nie drgnął w niej ani jeden zmysł
Gruchnęła śmiechem i czar prysł
Bo chciała się zabawić
I mnie czym prędzej spławić
Za stary!
Choć przecież nie dawałem wiary
Wolałem wierzyć w jakieś czary
......
Mój uśmiech zrzedł, a zapał zwisł…

*****



niedziela, 1 kwietnia 2018

"Jak pech, to pech!" - opowiadanie wielkanocne


Przypominam opowiadanie sprzed sześciu lat, ale jak znalazł na Święta Wielkanocne. Miłej lektury.


Jak pech, to pech!

4 kwietnia 2012

Ten tydzień zaczął się wyjątkowym pechem. Agata nie lubi poniedziałków, jak każdy zresztą, ale żeby od razu rano drogę jej przebiegł czarny kot? Przesądna to ona nie jest, ale na wszelki wypadek zmieniła trasę i pojechała do pracy okrężną drogą. Odstała w korku 3 godziny, spóźniła się, musiała zostać po godzinach, bo robota była pilna. Wściekła jak osa zaparzyła sobie kawę i zabrała się do pracy. Musi ją skończyć i nie myśleć już o tym. W domu czeka ją jeszcze przedświąteczne mycie okien, zakupy, a ona siedzi tu jak idiotka. Wszyscy już poszli, zajmą się przedświąteczną krzątaniną, a ona będzie robiła raport. I to wszystko przez to durne czarne zwierzę!

Kończyła już i zaczęła składać papiery, wyłączyła komputer, przetarła biurko i klawiaturę.

- Wreszcie! – przeciągnęła się, aż bluzka wysunęła się ze spódnicy ukazując pępek. Agata spojrzała krytycznie na fałdki na swoim brzuchu – A może by tak nie szykować niczego na te święta? Właściwie po co? Jest sama, więc kto będzie to jadł?

- Powinnam się oszczędzać! – powzięła mocne postanowienie, że tym razem nie będzie się objadała – jednak coś tam trzeba przygotować, może ktoś wpadnie?

Sama w to nie wierzyła, bo i kto miałby wpaść? Rodzice wyjechali na wczasy świąteczne na Majorkę, brat z rodziną jest w Anglii, narzeczony znalazł sobie inną…

Będzie sama. Święta, to święta, każdy spędza je w rodzinnym gronie, a nie udziela się towarzysko. Na odwiedziny koleżanek też nie mogła liczyć.

Miała już wychodzić, właśnie sięgała po płaszcz, gdy do jej pokoju wszedł kierownik działu.

- Jeszcze tu jesteś? – zapytał. Byli na „ty”, bo wszyscy tu byli na „ty”, ale nie lubiła go.

- Musiałam dokończyć robotę, przecież się spóźniłam, to trzeba było zostać dłużej!
- A może to dla mnie tu zostałaś, co? – zrobił głupią minę, która zapewne jemu samemu wydawała się zalotna i próbował włożyć jej rękę pod bluzkę.
- Przestań, Waldek! Prima aprilis był wczoraj, a ciebie wciąż żarty się trzymają! – odsunęła się w porę, bo inaczej miałaby jego łapę na swoim pępku. Poprawiła szybko bluzkę i próbowała wyjść. Zastąpił jej drogę.
- No co ty taka dzika? Pomyślałby kto! Kiedy ostatni raz kochałaś się z mężczyzną, co? Przecież głód ci z oczu wyziera!
- No to właśnie idę zjeść kolację – burknęła i odepchnęła go robiąc sobie przejście. Nie spodziewał się tego, stracił równowagę, próbował schwycić się za stojący obok wieszak, ale razem z nim wyrżnął się jak długi.

- No i dobrze ci tak, chamie – pomyślała Agata i czym prędzej wybiegła z biura. Pewnie się będzie na niej mścił, jak na każdej, która zignorowała jego umizgi, ale ona się nie podda. Jak będzie trzeba pójdzie choćby do sądu.

- Ty durny czarny kocie! Przez ciebie to wszystko!

Wtorek też nie zaczął się najlepiej. Budzik nie zadzwonił, więc znowu ryzykowała spóźnienie do pracy. Żeby tego uniknąć pobiegła do samochodu nieumalowana mając nadzieję, że na czerwonych światłach coś tam sobie pacnie. O korkach nawet nie chciała myśleć. Na szczęście tym razem droga nie była zatkana, ale na skrzyżowaniu otrąbili ją, gdy czekając na zielone próbowała zrobić sobie kreski na powiekach. Jakiś gość wygrażał jej nawet i coś wrzeszczał.
Wzruszyła ramionami i popukała się w czoło, co doprowadziło go do jeszcze większej furii, potem nacisnęła na gaz i w ostatniej chwili przejechała skrzyżowanie. Zapaliło się czerwone. Tamten nie zdążył.
- Dobrze ci tak! Głupi palant! – gdyby nie musiała trzymać kierownicy, zatarłaby ręce z zadowolenia. W pracy oblała się kawą. Jak pech, to pech!

Szef omijał ją w biurze i odwracał wzrok. Nie wiedziała co knuje, bo na pewno coś knuł, ale miała nadzieję, że przed świętami da jej spokój. W firmie panował serdeczny nastrój. To nie pora na walkę.
Środa minęła względnie spokojnie nie licząc, że oszukano ją w sklepie nabijając dwa razy na rachunek obrus wielkanocny. Nie połapała się od razu, więc teraz może napisać zażalenie do Pana Boga. Kupowała chyba z 15 różnych dupereli, zorientowała się dopiero w domu. Wściekła na siebie rzuciła się na zaległe porządki domowe i na szczęście obyło się tego dnia już bez większych kataklizmów.

W czwartek wszystko już było gotowe. Dom wyszykowany i przystrojony świątecznie. Siedząc nad jakąś tabelką planowała, co przygotuje do jedzenia, kiedy zadzwoniła sąsiadka z dołu, że zalewa jej mieszkanie. Szybko wyjaśniła szefowi, dlaczego musi już wyjść i z okrzykiem „Awaria u mnie! Powódź!” wybiegła z biura nie czekając na reakcję kierownika, który z rozdziawioną gębą stał jak wryty. Właśnie zamierzał złośliwie dołożyć jej roboty, by znowu musiała zostać po godzinach. Tym razem postanowił jej nie odpuścić. Był przekonany, że Agata ma na niego chętkę, tylko się droczy i stawia, co jeszcze bardziej go podniecało.

To co zastała omal nie przyprawiło jej o mdłości. Z góry, z sufitu kapała woda, dywan prawie już pływał, a przepłacony dwukrotnie odświętny obrus jakoś dziwnie się pomarszczył i puścił farbę. Całą świąteczną dekorację z papierowych żonkili i pisanko-wyklejanek diabli wzięli. Wszystko było mokre. Obraz nędzy i rozpaczy. A tyle radości sprawiło jej własnoręczne wykonanie tych kwiatów z bibułki i ozdobienie jajek!

- To nie u mnie! – zawiadomiła sąsiadkę z dołu – to ktoś z góry nas zalewa, że aż do pani przecieka. Pobiegły obie piętro wyżej. Łomotały w drzwi chyba z 10 minut, zanim otworzył im zaspany sąsiad. Z mieszkania wylała się woda aż na klatkę schodową. Zakłopotany drapał się w głowę, potem oprzytomniał i zakręcił lejącą się do wanny wodę.

- O kurczę! Przepraszam panie! Wróciłem z delegacji i chciałem przygotować sobie kąpiel. Przysnąłem! Ale chyba nic takiego się nie stało?!
- Nie, no skąd! Nic takiego! Tylko zalał pan dwa piętra! – Agata rozpłakała się – Proszę, zapraszam do mnie, niech pan zobaczy to „nic”!

Likwidator szkód będzie dopiero jutro. Agata cały wieczór zbierała wodę z podłogi i suszyła zalany dywan. Próbowała uratować pisanki, ale nic jej z tego nie wyszło. Odklejone naklejki nie chciały się ponownie przyczepić, zresztą zamazały się, pomarszczyły.
- No to mieliśmy przedwczesny śmigus – dyngus! Falstart! – pomyślała i ledwo żywa ze zmęczenia położyła się spać.

Na piątek wzięła urlop na żądanie. Nie miała siły iść do pracy, zresztą miał przyjść likwidator. Spóźnił się – Wie pani, korki! – spojrzał, pokiwał głową, podsunął jej jakieś papiery do podpisania. – Będziemy w kontakcie, wesołych świąt!
- Tak, tak, będziemy w kontakcie, tak, dziękuję, wzajemnie – Agata usiadła zrezygnowana na krześle, kanapa była jeszcze mokra. Dobrze, że jeszcze grzeją w kaloryferach, to może do świąt mi to wszystko wyschnie – powiedziała sama do siebie.

Wieczorem wyszła z domu. Poszła do kościoła odwiedzić Grób Pański. Zmówiła modlitwę i otarła oczy z łez. – Dlaczego to właśnie mi się to wszystko przytrafia? Dlaczego?
Potem jeszcze snuła się bez celu po mieście, a gdy wróciła poszła spać nie jedząc kolacji. Miała wszystkiego dość.

W sobotę ubrała się starannie, chwyciła koszyczek wielkanocny i wyszła do kościoła poświęcić pokarmy. W połowie drogi złamała obcas. W taki dzień nie wypadało  kląć, ale bluzgi same cisnęły się jej na usta. Kuśtykając wracała do domu, potem zdjęła buty. Było jej już wszystko jedno. Szła w samych pończochach machając koszyczkiem i śmiejąc się nerwowo. W drugiej ręce niosła swoje ulubione szpilki. Ludzie oglądali się za nią. Nawet nie przypuszczała, że wygląda wyjątkowo pięknie i tak jakoś nierealnie – ni to smutna, ni to wesoła, ale wiosenna, boso, w rozpiętym płaszczu i z rozwianymi włosami błyszczącymi w słońcu. Po chwili zorientowała się, że jakiś mężczyzna robi jej zdjęcia. Speszyła się.

- Co też pan wyprawia?! Niech pan przestanie! Nie życzę sobie! Po co panu te zdjęcia? – była wyraźnie zdenerwowana.
- Jaka pani jest piękna! Zjawiskowa! Jeszcze chwilkę, pozwoli pani, że jeszcze pstryknę kilka razy! Proszę! – ciemnowłosy przystojniak biegał wokół niej i pstrykał zawzięcie. – Ale będą zdjęcia! Konkursowe!

Roześmiała się – piękna? Od kiedy ona jest piękna? Z tymi wałkami na brzuchu, grubymi udami i za dużym nosem? Kpiny jakieś, czy co?

- Tu jest moja wizytówka. Wywołam te zdjęcia i przedstawię pani do akceptacji, przysięgam, że nie zrobię z nich użytku bez pani zgody. Może mi pani podać jakieś namiary?
Zapisała mu numer telefonu. Zaskoczona nie wiedziała, co ma o tym sądzić.
Przedstawił się jej z ukłonem, pocałował w rękę. Zdążył schować aparat do futerału, gdy nagle wyrósł przed nimi jak spod ziemi dzieciak lat około pięciu z karabinem na wodę większym od niego. Wystrzelił wodną serię prosto w ich brzuchy i z radosnym śmiechem uciekł. Nie mieli siły, by go gonić.

- To już drugi przedwczesny śmigus – dyngus! Ja chyba nie dożyję tych świąt! Może powinnam zaopatrzyć się w strój płetwonurka? – roześmiała się. On zawtórował jej gromkim śmiechem.
- Mogę panią odprowadzić? Niech pani jednak włoży buty, bo się pani przeziębi. Służę ramieniem. Proszę się wesprzeć, jakoś się dokołaczemy nawet bez obcasa.
- Dziękuję – włożyła nieszczęsne szpilki, uwiesiła się mu na ramieniu i dała się odprowadzić.

Okazał się być przemiłym człowiekiem, zawodowym fotografem. Jego żona – modelka wybrała karierę z Stanach i zostawiła go pół roku temu. Tego dowiedziała się w pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych, gdy zapukał do jej drzwi z własnoręcznie wykonanymi pisankami i zdjęciami. Spędzili razem te święta oglądając jego fotografie. Nie przystawiał się do niej, ale widać było, że mu się podoba. Patrzył na nią tak jakoś…

Potem, po latach, gdy już całą rodziną szli do kościoła święcić pokarmy, przytulił ją i przypomniał jej tamtą Wielka Sobotę.
- I nie przeszkadzała ci moja nadwaga? Naprawdę ktoś taki jak ja mógł ci się spodobać? Miałam wtedy tyle kompleksów!
- Zakochałem się od pierwszego wejrzenia! Byłaś cudowna! Miałem uraz do wychudzonych, zimnych lal. Od Ciebie biło takie jakieś ciepło wewnętrzne, mimo tego całego twojego pecha i tych kilku nadprogramowych kilogramów. Zresztą to chyba nie tylko moja opinia! W końcu te moje zdjęcia, które ci zrobiłem wygrały konkurs!

- Tato! Ja chcę taki karabin na wodę! – ich sześcioletni syn z zachwytem w oczach pokazywał chłopca biegającego z olbrzymią zabawką, a trzyletnia córeczka w tej samej chwili podnosiła z ziemi wychudzonego maleńkiego kociaka i z błaganiem w oczach, lekko sepleniąc prosiła:

- Mamo, spójrz jaki śliczny kiciuś! Weźmiemy go do domu? Tatusiu, proszę…

Spojrzeli na siebie i wybuchli śmiechem. Kociak był czarny jak smoła.


piątek, 30 marca 2018

Radosnych Świąt Wielkanocnych!


🐰🐣🐤🐥🐰

Nim przemyślę, co ja_jem i ciut ciut poswawolę,
Nim odtańczę mazura wśród mazurków na stole,
Nim zajęczę, że tyję nad pasztetem z zająca,
Nim odejdę od stołu, by skorzystać ze słońca,
Nim wybuchnie zielenią moja głowa tej wiosny,
Spieszę wszystkim dziś życzyć:
Świąt wspaniałych, radosnych!

🐣🐇🐣
""""""""""""""


czwartek, 29 marca 2018

Wielki Piątek TVP 1 godz. 20:00 - Koncert pieśni pasyjnych POK - pomoc dla Aleppo


Kochani,
Serdecznie zapraszam przed telewizory jutro (Wielki Piątek) o godzinie 20:00 do TVP 1

W TVP 1 oraz w radiu RDC transmitowany będzie koncert polskich pieśni pasyjnych na żywo z Teatru Królewskiego w Łazienkach Królewskich w Warszawie. Wystąpią artyści Polskiej Opery Królewskiej (i wśród nich  mój osobisty syn) z koncertem charytatywnym dla zniszczonego wojną Aleppo. Zachęcam do wysyłania SMS-ów w trakcie koncertu. Pomoc trafi do rodzin z Aleppo udręczonych wojną w Syrii.

Więcej informacji tutaj → Pomoc dla Aleppo - Polskie pieśni pasyjne

🎶🎶🎶

wtorek, 27 marca 2018

Nie tylko rachmistrzyni z wczorajszego limeryku ma problem matematyczny. W "Jeden z dziesięciu" też mają.

Właśnie obejrzałam 20., ostatni przed wielkim finałem odcinek "Jednego z dziesięciu" edycji 104. tego teleturnieju. I niestety teleturniej ten zaliczył wpadkę. W finale odcinka odpadła pani Magdalena na pytaniu "Ile wynosi suma kątów zewnętrznych prostokąta?" Pani Magdalena rozpoczęła dobrze: 4x180 stopni, ale już czasu na policzenie jej nie dano, bo natychmiast rozległ się brzęczyk, a pan prowadzący poprawił, że 4x270 stopni, co niestety prawdą nie jest.

Jest to wiedza z zakresu szkoły podstawowej. Kąt zewnętrzny wielokąta, to kąt przyległy do kąta wewnętrznego. Kąty przyległe uzupełniają się do 180 stopni, mają jedno ramię wspólne, a ich pozostałe ramiona tworzą linię prostą. Toteż każdy kąt wewnętrzny ma dwa kąty przyległe, w przypadku prostokąta są to 2 kąty po 90 stopni, czyli razem 180 stopni, co razy 4 daje 720. A więc pani Magdalena miała rację. Powinna złożyć reklamację. Przykre jest, że w tak ambitnym teleturnieju zdarzają się tego rodzaju błędy.



 
W tym wypadku kąty 𝞫 i 𝞫' są kątami zewnętrznymi dla kąta a, natomiast kąty 𝛅 i 𝛅' dla kąta 𝛄. Źródło obrazka: Wikipedia

Na dodatek suma miar kątów zewnętrznych dowolnego wielokąta wypukłego jest liczbą stałą i zawsze wynosi 720 stopni, toteż również w przypadku prostokąta wynosi 720 stopni (czyli tak, jak zaczęła liczyć pani Magdalena, co jej brutalnie przerwano: 4x180 = 720, a nie 1080 (4x270 = 1080), jak poprawił panią Małgorzatę prowadzący Tadeusz Sznuk. Ciekawa jestem, co wydawcy programu teraz z tym zrobią, bo napisałam na Fb do autorów fanpage'a "Jednego z dziesięciu". Ciekawe, czy dostanę odpowiedź i ciekawe co z panią Magdaleną, której kibicowałam i kibicuję nadal, aby złożyła reklamację i jej ją uznano. Uważam, że powinna zagrać w wielkim finale, bo tę możliwość jej ewidentnie odebrano. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy finału odcinka, gdyby grała dalej, a nie odpadła w wyniku błędu autora pytań.


A na tym rysunku (źródło: medianauka.pl) zaznaczono niebieskim kolorem wszystkie kąty zewnętrzne w czworokącie, który wprawdzie prostokątem nie jest, ale zasada wyznaczania tych kątów jest zawsze taka sama w każdym wielokącie wypukłym:





😠

poniedziałek, 26 marca 2018

Limeryk (215) z problemem matrymonialno - matematycznym

                         🤔

Rachmistrzynię z miasta Wschowa
Od myślenia boli głowa
Jest żoną czwartą
Może więc warto
Mówić "jam twoja czwarta połowa"?

                         😜

piątek, 23 marca 2018

Z plaży i słońca prosto w polską pluchę

Już jestem - opalona, wypoczęta, pełna wrażeń. 15 dni w w słońcu a potem po 4 godzinach lotu z kawałkiem - spadek temperatury o 30 stopni i topniejący śnieg. No cóż, taki mamy klimat. Ale 2 środkowe tygodnie marca, to idealny czas na wyprawę do Egiptu. Byłam z biurem Rainbow. Pierwszy tydzień, to wycieczka statkiem po Nilu i zwiedzanie od Asuanu po Luksor, drugi tydzień, to słodkie lenistwo w hotelu Hilton Long Beach, w Hurghadzie, nad brzegiem Morza Czerwonego.

Wybierając hotel na czas wypoczynku w Hurghadzie miałam mieszane uczucia, gdyż miał on tylko 64 procent pozytywnych opinii. A to się ludziom standard nie podobał (cytuję: Hilton tylko z nazwy!"), a to znowu jedzenie zbyt monotonne. Jednak zdecydowałam się na ten właśnie hotel i nie żałuję. Przeważyło to, że hotel dysponuje długą plażą z własnym pomostem, z którego można obserwować rafę koralową. Ta własna rafa zadecydowała, nie musiałam nigdzie wypływać statkiem na płatne wycieczki, żeby posnurkować (snurkowanie, to nurkowanie bez akwalungu, tylko w masce i z rurką, pod samą powierzchnią wody), by na własne oczy obejrzeć rafę i te wszystkie bajecznie kolorowe rybki. Ci, którzy nie pływają, mogli je obserwować wprost z pomostu. Poza tym hotel dysponuje dużym terenem rekreacyjnym - dużo zieleni, kwiatów, kwitnących drzew i krzewów, wszystko zadbane, trawka wystrzyżona, żywopłoty przycięte, ciągle ktoś się krząta, a pośród tego kompleks wielu basenów - dla dorosłych i dla dzieci. Pracownicy uśmiechnięci, a 1 dolar od czasu do czasu dla obsługi czyni cuda.

Plaża rzeczywiście długa, trochę jak klepisko, mało sypkiego piachu, ale to chyba dobrze, bo przy silnych wiatrach, a takie tam są, nie wieje piachem po oczach. Miałam wrażenie, że teren jest specjalnie potraktowany walcem, żeby piasku nie wywiewało w pustynię, przy okazji miotąc nim po oczach plażowiczów. Zanim dotrze się do pomostu, mija się dwie laguny, w których można się kąpać, co ważne, gdy na otwartym morzu jest duża fala. Mniejsza laguna ma głębokość do 4 metrów, druga - bardziej rozległa - do 3 metrów. W najgłębszych miejscach tych lagun zamontowane są co kilkadziesiąt metrów koła ratunkowe, by było się czego chwycić. Na całej długości plaży porozstawiano drewniane leżaki, daszki, osłony przed wiatrem, materace. Można było wymieniać plażowe ręczniki na świeże nawet kila razy dziennie. Dla mnie było super.

Na recepcji, gdy się kwaterowaliśmy w dwie pary, daliśmy 10 dolarów napiwku, czyli po 5 na parę i dostaliśmy super pokoje, umiejscowione chyba najlepiej w całym hotelu - z tarasami wychodzącymi wprost na ukwiecony trawnik, dalej (około 25 metrów) basen i "wodopój" czyli bar z drinkami - pokoje te mają numery zaczynające się od 400. Na pierwszym piętrze nad nami pokoje miały numery od 500, a na drugim od 600 i te były chyba najsłabsze, bo nie wszystkie miały balkon. Standard pokoi całkiem dobry, codzienne sprzątanie, wymiana pościeli, duża butelka wody mineralnej. Wyposażone w duży telewizor, czajnik bezprzewodowy, deskę do prasowania i żelazko. Najsłabsze ogniwo, to łazienka. Wprawdzie czyściutko, sprzątanie codziennie, wymiana ręczników, ale widoczne już ślady zużycia. Jednak podobno w Egipcie nawet najwyższy standard hotelu nie gwarantuje wysokiego standardu łazienek.
Z naszego pokoju mieliśmy blisko do lobby i restauracji, a jednocześnie był to zakątek chyba najbardziej kameralny w całym hotelu. W budynku głównym pokoi jest dużo więcej i tym samym dużo więcej ludzi tłoczyło się nad basenami w centralnej części ogrodów. Poza tym na terenie hotelu znajdują się oddzielne bungalowy z kilkoma pokojami (naliczyłam około 90 takich budyneczków rozmieszczonych na kilku tarasach), ale stamtąd dość daleko do restauracji i basenów, trochę bliżej do plaży. Czyli co kto lubi.

Ci, którzy w opiniach pisali, że jedzenie monotonne i byle jakie, moim zdaniem grzeszą. Ciekawa jestem, co ci ludzie jedzą w domach. Trzy posiłki dziennie, zawsze duża ilość dań na ciepło: ryba, drób, wołowina, pieczone ziemniaczki, zapiekanki makaronowe. Kalmary i falafele, smażone w głębokim tłuszczu makaron z dodatkami lub omlety wprost z patelni, ryż w różnych postaciach, warzywa z grilla - cukinia, bakłażany, brokuły, kalafiory, marchewka, okra, te same również gotowane na parze, gulasze warzywne, jajka na różne sposoby (na twardo, sadzone, jajecznica, wspomniane wcześniej omlety), zupy, duża ilość różnorodnego pieczywa, zimnych przekąsek, surówek i sałatek, świeże owoce (banany, pomarańcze, mandarynki, grapefruity, melony, daktyle, truskawki, granaty), nabiał, wędliny, marynaty, oliwki, limonki, cytryna, sosy i przyprawy w dużej ilości i różnorodności, ciasta, słodkie bułeczki, budynie, leguminy, chałwa, ciasteczka. Naprawdę nie mam pojęcia dlaczego ludzie wypisują bzdury, że tam nie ma co jeść. Do tego drinki, piwo, soki, napoje, kawa, herbata, jogurty. Co chwilę donoszą nowe półmiski i pojemniki - gdy tylko coś się kończy, zaraz jest uzupełniane. Jednak wierzę, że w sezonie, gdy hotel ma pełne obłożenie, może być problem ze znalezieniem miejsca przy stole w godzinach szczytu posiłkowego. Wówczas chyba lepiej przychodzić albo na samym początku wyznaczonego czasu, albo na sam koniec.

Na terenie hotelu znajdują się: amfiteatr, plac zabaw dla dzieci, SPA, kilka restauracji a la carte, bary, na plaży beach bary z napojami i przekąskami - te bary w ramach all inclusive. Można wykupić sobie masaże, zabiegi w salonie piękności itp. Po ośrodku kręcą się animatorzy, prowadzą w różnych miejscach naukę tańca, aqua aerobik i takie tam. Są też animacje specjalnie dla dzieci, a dla dorosłych wieczorne pokazy (taniec brzucha, wirujący derwisz, fakir), dyskoteki itp.

Można pograć w siatkówkę, piłkę wodną, mini golfa, ping ponga. Jest wypożyczalnia sprzętu wodnego, sklepiki. Rezydentka odwiedza hotel 2 razy w tygodniu - w środy i w soboty. Jeśli chodzi o moją opinię - jestem zadowolona i mogę z czystym sumieniem polecić ten hotel (w szczególności pokoje z numerami od 400). Nie wiem jak jest w bungalowach i w budynku głównym. Hotel znajduje się dość daleko od centrum Hurghady, co dla jednych jest pozytywem, dla innych niekoniecznie. Ale taksówka za 2 dolary zawiezie, gdzie trzeba. Hotel dobry dla par i rodzin z dziećmi. Rozległy teren sprawia, że biegających i krzyczących dzieci nie widać tak bardzo, więc nie są uciążliwe. Każdy może znaleźć dla siebie zaciszne miejsce z dala od innych ludzi.


*****

Wycieczkę statkiem opiszę przy innej okazji. Mam jeszcze zaległości z opisaniem wycieczki do Meksyku.


czwartek, 22 marca 2018

Limeryk (214) ze słonecznej plaży


                   🏖🏖🏖

Na wywczasach w słonecznej Hurghadzie
Pewien mąż cały nurzał się w zdradzie
Odwet na nim wzięła żona
W parze z "zemstą faraona"
I niewierny wulkany miał w zadzie.

                      😰



Już dziś wieczorem powinnam być w domu :) Jak się ogarnę, to zajrzę, czy przybyło na tym blogu Waszych komentarzy :P

poniedziałek, 19 marca 2018

Przed Mundialem - ku przestrodze

Olimpiada w Soczi - budowano z rozmachem kosztem wysiedleń mieszkańców, nie licząc się z niczym, potem jeszcze oszustwa dopingowe, dziury w ścianach dla podmieniania próbek moczu itp. Teraz większość obiektów wybudowanych za kosmiczne pieniądze niszczeje.

W mediach odmierzają już czas do Mundialu w Rosji, pokazują budowę stadionów. Ciekawe ile pieniędzy przy tej okazji wypiorą rosyjscy "biznesmeni", kosztem ilu ludzi się to wybuduje, komu się zabierze, żeby inni mogli zarobić, a świat ujrzał rozmach "Wielikoj Rosiji", którą stać na wszystko pod tak wspaniałym przywództwem ich wodza. I znowu nadarza się okazja, by przypomnieć moją satyrę publikowaną kilka lat temu na Onecie (oj, niedobrze, coś mnie na wspominki ostatnio wzięło). Satyra jest parafrazą znanego tekstu Aleksandra Fredry  "Zemsty".


Jestem Putin! – wariacje na temat Fredry
Jestem Putin!
Jak uważam,
Skończę wszystko bez przemocy.
Jestem Putin, lew Północy!
Słynny strateg, dyplomata,
Co żurawie uczył latać!
Jam wróg wojny, duch pokoju,
Lecz gdy trzeba – dzielny w boju!
Znają mnie Krymskie Tatary –
Ludy muzułmańskiej wiary,
I Czeczeny, i Gruziny,
Banderowcy z Ukrainy.
Gdy mnie kto nie uszanuje,
Jak Angelę – psem poszczuję!
Tych, co mnie o przemoc winią,
To poszczuję chorą świnią.
Jednym słowem, krótko mówiąc,
Kula ziemska zna Putina!
Co tam jakaś Ukraina!
Zawojuję Ziemię całą,
A i tak to będzie mało!

A tutaj oryginalny tekst Aleksandra Fredry:
Jestem Papkin.
Jak uważam,
Skończę wszystko bez pomocy.
Jestem Papkin, lew Północy,
Rotmistrz sławny i kawaler -
Tak, siak, tedy i owędy...
Mądry w radzie, dzielny w boju,
Dusza wojny, wróg pokoju. -
Znają Szwedy, muzułmany,
Sasy, Włochy i Hiszpany
Artemizy ostrze sławne
I nim władać ramię wprawne -
Jednym słowem, krótko mówiąc,
Kula ziemska zna Papkina. -
Teraz, bratku, daj mi wina.


I jeszcze mój rysunek: Putin - lew Północy (na głowie papacha z gwiazdą zamiast korony - wyraźnie widać po powiększeniu). 


Przepraszam, że nie odpowiadam na Wasze komentarze, ale jestem na wakacjach. Posty publikują się same, zaplanowałam to tak, żeby coś się pojawiało regularnie. Nie chcę stracić czytelników. A że jest kilka rzeczy, które są warte przypomnienia po latach, wykorzystuję to właśnie przy tej okazji. Niedługo wracam, to nadrobię zaległości na Waszych blogach i tutaj. Musiałam pojechać w poszukiwaniu ciepła i słońca, żeby wygrzać moje sponiewierane stawy, które uwzięły się, żeby mi podokuczać. Już wkrótce się odezwę.

sobota, 17 marca 2018

Dzisiaj króciutko - niepomożanki hydrauliczne



     *****


Nie pomoże plastrów fura
Kiedy pęknie w ścianie rura

Nie pomoże zatykanie
Gdy wysadzi kurki w kranie

Nie pomoże złość ni płacz
Gdy się nagle zapcha sracz


*****

środa, 14 marca 2018

"Zero" Marca Elsberga - wizja futurystyczna, ale jakże prawdopodobna

Jestem po lekturze książki "Zero" autorstwa Marca Elsberga. Na samym wstępie autor uprzedza, że wszystkie wykorzystane w książce opisy możliwości inwigilacji oraz sprzętów tu opisanych są możliwe. Wszystkie występujące w powieści urządzenia, programy i ich możliwości są prawdziwe. Nieprawdziwa jest wizja autora, ale możliwa. Oby się nie zrealizowała. Polecam. Włos na głowie się jeży.


"Kto raz trafi do Sieci, już nigdy z niej nie wyjdzie... Londyn. Podczas pościgu zostaje zastrzelony młody chłopak. Cynthia Bonsanth, dziennikarka, próbuje wyjaśnić jego śmierć. ..." - tak zachęca się do przeczytania książki w necie, gdy wpiszecie w wyszukiwarkę tytuł i autora powieści.

A przy okazji przypomnę satyrę napisaną niegdyś na blog onetowski, a że w temacie, to wstawiam:

Kto kogo podsłuchuje i po co?
Aby wiedzieć, gdzie co knują
I w "przyjaźni" by żyć duchu
Wszyscy wszystkich podsłuchują -
- Cały świat jest na podsłuchu.
Prym tu wiedzie Ameryka,
A że sprzęt ma doskonały,
Słucha, śledzi i przenika,
Inwigiluje świat cały:
Przy sobocie i niedzieli
Słucha, co tam u Angeli?
W poniedziałek i we wtorek
Może zajrzeć ci w rozporek.
W środę mierzy z satelity,
Kto spać idzie nieumyty,
Kto jest trąba, gdzie jest bomba,
Czy nam grozi hekatomba?
Terrorystów w czwartki śledzi,
W piątki słucha twej spowiedzi
I analizuje liczne
Rozmowy telefoniczne.
A nasz sąsiad chce wyniki
Lepsze mieć od Ameryki
Siedzi ze szklanką przy uchu
Całe noce na podsłuchu,
Żądny wrażeń niemoralnych
I odgłosów seksualnych.
Ale w zboka nikt nie wnika,
Niech się chłopak ekscytuje!
Tylko po co Ameryka
Swych przyjaciół podsłuchuje?!
                    🙉

niedziela, 11 marca 2018

Na czas rozliczeń podatkowych

Spłynęły już PIT-y, czas zabrać się za roczne rozliczenie podatkowe. Z tej okazji przypominam satyrę publikowaną niegdyś na Onecie, ale myślę, że dla wywołania uśmiechu warto ją przypomnieć:


Ballada o pewnym dawcy  
Pewien pan, gdy stracił stołek
Popadł w finansowy dołek.
By wyjść z dołka i z marazmu,
Chciał się dawcą stać... orgazmów.
Więc stosowne ogłoszenie
W mediach dał i tu zdziwienie,
Wnet zgłosiło się pań wiele
W dni powszednie, i w niedziele.
Z ust do ust wieść w miasto poszła,
Że z pań każda szybko doszła
I że jest zadowolona
Każda panna, wdowa, żona,
Która z usług korzystała
I użyła jego ciała.
Widać dobry był w te klocki,
Bowiem niemal wszystkie nocki
Miał zajęte. Żony, wdówki
Zostawiały mu trzy stówki,
On od zrzędy i hetery
Życzył sobie stówki cztery
I jak wieść nam gminna niesie
Wielki ruch miał w interesie.
Limuzyna i dom nowy,
A tu bęc - urząd skarbowy!
Skąd dochody takie, bratku?!
Szara strefa, bez podatku!
Na to on: jam jurny, młody -
To z nierządu są dochody.
Kto "prowizję" chce pobierać
Staje w roli sutenera!
Więc zaskarżę go do sądu,
Bo z mojego chce nierządu
Czerpać zyski! A to przecież
Zabronione jest, jak wiecie!
Ale mogę, dla reklamy
Wyobracać chętne damy
W tym urzędzie. Niespożyty
Będę im wypełniał pity!
              😁

czwartek, 8 marca 2018

Na Dzień Kobiet

Z okazji Święta wszystkich Pań życzę im, a w szczególności moim blogowym Koleżankom:


💮🌻💮

  • szczęścia - bo jęśli będziecie szczęśliwe, to będziecie promieniować tym szczęściem na całe Wasze otoczenie
  • zdrowia, to wiadomo - najważniejsze
  • życia z pasją i dużo czasu na własne hobby
  • spełnienia marzeń - bo każdy jakieś ma
  • mężczyzny, który zawsze dba o swoją kobietę, jest czuły, ma dla niej czas i zrozumienie, przynosi kwiaty, kocha i szanuje
I odpłacajcie swoim mężczyznom tym samym.

Serdeczności dla wszystkich, którzy tu zaglądają


💮🌻💮

A na wspominki - fraszka z Onetu


Na praktycznego męża

Róże, to wydatek spory,
A że spłaca raty,
Przyniósł żonie kalafiory,
W końcu to też kwiaty!


😢


poniedziałek, 5 marca 2018

Fraszka - Na myślenie

                  🤔

Gdy mi ciemnotę wciskać chcą
Lub gdy mnie straszą wielkim "BUM!"
Co dobro - uczą, a co - zło
Cogito, ergo sum!

Gdy mizdrzy się pochlebców rój
Lub coś wymusza gniewny tłum
Zdobędę szczyt, czy wdepnę w gnój
Cogito, ergo sum!

I nawet kiedy wszystko mam
Pod palmą leżę, sączę rum
Nie zwiedzie mnie ten cały kram
Cogito, ergo sum!

                   !

sobota, 3 marca 2018

Polskie piekiełko. Polacy, szanujmy się nawzajem!

Jestem daleka od tak radykalnych sformułowań jak "precz" z kimkolwiek. Zawołania "precz z PiS-em", "precz z komuną", "księża na Księżyc" i tym podobne po prostu mi się nie podobają, bo niczego sensownego nie wnoszą, nie dostarczają żadnych argumentów. Czasami brzmią wręcz śmiesznie i kuriozalnie jak "dość dyktatury kobiet!" wykrzykiwane przez feministki, gdzie zabrakło jednego słówka "wobec" kobiet.  Hasła też często bywają obraźliwe z założenia, co potępiam ze wszech miar, bo nie godzę się na obrażanie kogokolwiek ze względu na wyznawane poglądy, wyznanie, kolor skóry, płeć lub orientację seksualną.

Zamiast okrzyków i haseł wolę spokojną dyskusję. Staram się zawsze i wszędzie, w każdym człowieku, w każdej opcji umieć dostrzegać i pozytywy, i negatywy. Nie potępiam nikogo a priori ani "totalnie" prorokując, co to będzie gdy..., bo akurat wcale tak stać się nie musi, a to tylko samonakręcanie się. 
Akurat jest kilka rzeczy, które mi się podobają, są i takie, które mi się nie podobają w obecnych rządach. Ale było też tak i za rządów SLD, i za rządów PO, a doszło do tego, że coraz więcej zaczynało mi się nie podobać w polityce PO.

Nigdy nie głosowałam ani na PO, ani na PiS. Staram się trzymać daleko od wszelkich "opcji politycznych", bo nie ma żadnej, która by mnie całościowo ujęła, ani żadnej, którą bym ze wszystkim potępiała. Żałuję, że nie ma obecnie w Polsce silnej, rozsądnej lewicy, bo dała tak zwanej dupy już dawno i sobie sama z tym nie radzi. A byłaby to jakaś przeciwwaga. Teraz lewica tylko się pieniaczy. Ogólnie polityka mnie drażni, ale kiedy wchodzi w grę dobre imię Polski - milczeć nie potrafię.

Korzystam z własnego rozumu, a nie z propagandy, dociekam i sprawdzam, staram się nie gorączkować, tylko na chłodno oceniać polityków, rząd i ich działania. I niestety wcale nie uważam, że poprzednie rządy i poprzedni prezydent byli lepsi. Byli inni. A wiele ich decyzji uderzyło bezpośrednio we mnie - poczułam się okradziona z OFE, wydłużono mi wiek emerytalny, o pewnych rzeczach już nawet nie wspomnę. Nie podobają mi się niektórzy europosłowie, którzy (rozumiem, że mają inne zdanie, ale trzeba to rozstrzygać we własnym kraju) stają przeciwko Polsce na forum międzynarodowym. Bo to taki "ptak, co własne gniazdo kala".

Nie podoba mi się obecnie kasa płynąca szerokim strumieniem na kościół i wizje ojca Rydzyka, katecheci jako wychowawcy w szkołach, parcie na zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych i stawianie religii ponad prawem, prawa moralnego, nad prawem stanowionym. Ale podoba mi się, że wzięto się za przekręty watowskie, za te dziwne reprywatyzację, za afery gospodarcze, bo jak widać tamta władza też czystych rąk nie miała. Gdybym wiele lat temu jako samotna matka miała te 500+ chociaż na jedno dziecko, jakże by mi to pomogło żyć i wychowywać, kształcić moje dzieci, na które nie udało mi się nawet ściągać alimentów, a za to też się wzięto ostrzej. Obecnie żyje mi się ani lepiej, ani gorzej, nadal popieram i wspieram Owsiaka i WOŚP, ale chętnie od czasu do czasu obejrzę sobie "W tyle wizji", staram się poznać poglądy różnych osób na te same sprawy.

 Mam taki charakter (wypracowałam to sobie przez lata), że się nie zaperzam, potrafię w skupieniu wysłuchać argumentów drugiej strony - to naprawdę otwiera umysł i pozwala spojrzeć na problem z innej perspektywy. Ostrożnie traktuję to, co wyczytam w Internecie, bądź usłyszę w mediach, gdyż coraz częściej się oburzamy, zacietrzewiamy, a potem okazuje się, że to zwykłe fake news były - celowe przekłamania dla osiągnięcia zamierzonego efektu. Dlatego, gdy mnie coś bardzo poruszy staram się dotrzeć do źródeł i odczekać, zanim zajmę stanowisko.
I - co najważniejsze - nie pozwalam, aby polityka poróżniła mnie z wieloletnimi przyjaciółmi, bo nie jest tego warta. W pewnych kręgach po prostu nie podejmuję dyskusji, bo bardziej sobie cenię przyjaźń z człowiekiem jako człowiekiem, którego cenię za wiele rzeczy, a który ma po prostu inny niż ja pogląd na pewne sprawy, niż przeświadczenie, że muszę koniecznie tę osobę przekonać do swoich racji politycznych i postawić na swoim. Mam wielu znajomych o innych poglądach, z którymi się lubimy i szanujemy.

Jeśli obracamy się zawsze tylko w kręgach jednej opcji, to tylko sobie przytakujemy, albo się nawzajem nakręcamy i nic z tego nie wynika. Zaczęłam wnikliwiej słuchać ludzi o innych poglądach, czasem skrajnie innych i uważam, że wiele mi to daje, co nie znaczy, że nagle rezygnuję ze swoich. Ale to poszerza horyzonty i pozwala na bardziej wnikliwą ocenę. Za wiele jest emocji, a za mało merytorycznej dyskusji, zbyt wiele pieniactwa i blokady przed często sensownymi argumentami ze strony przeciwnej. Więcej luzu, a mniej zacietrzewienia - tego życzę wszystkim nam - Polakom. Szanujmy się nawzajem, bo zgoda buduje, a niezgoda przeciwnie - burzy wszystko.

Dlatego proszę czytelników o komentarze merytoryczne, spokojne, bez haseł i epitetów w kierunku kogokolwiek, bo ten blog nie jest miejscem dobrym na tego typu dyskusję. Mam nadzieję, że to mój pierwszy i ostatni tego typu wpis, że nikogo nie zanudziłam. Swoje poglądy wolę wyrażać w satyrach, fraszkach, limerykach, na wesoło i z przymrużeniem oka.
Pozdrawiam :)

piątek, 2 marca 2018

A dzisiaj moje refleksje wyrażone mową wiązaną - Jestem Polką!

W moim poprzednim wpisie dołączyłam się do ironicznych przeprosin autora filmu "Przepraszam was wszystkie narody". 

Dzisiaj przepraszać nie zamierzam.


                Jestem Polką

Polką jestem, patriotką nie tylko w teorii
Toteż mojej zgody nigdy na to nie będzie,
By wbrew prawdzie i faktom, świadectwu historii
Opluwano nas podle i kłamano wszędzie

Nie! Żaden naród nie jest krystalicznie czysty
Ani jeden jedyny zawsze ciemiężony
Żaden też punkt widzenia nie jest oczywisty
Ale każdy z medali ma dwie różne strony

Czas uderzyć się w piersi narody „wybrane”
By rozliczać Polaków bez refleksji cienia
U was wszystko tak pięknie jest pozamiatane
Pod dywany podłości i przeinaczenia.

Nie, nie będę się kajać, przepraszać, bo za co?
Będę walczyć o prawdę, o honor i pamięć
Wszyscy winni, niech w końcu za winy zapłacą
Dosyć już bezkarnego plucia oszczerstwami!

Jestem Polką, tu rosłam, tu ród mój i ziemia
Udręczona, deptana butami żołdaków,
Okradana, latami bez granic, imienia
Ale silna duchem, wolna śpiewem ptaków

Świat pogubił się, nie wie - kto kat, kto ofiara
Jakże łatwo na innych zrzucać winy własne
Ale wierzę – za podłość przyjdzie kiedyś kara
Miejcie to na uwadze – wy, umysły ciasne!

                      
         




czwartek, 1 marca 2018

Jak rozumiemy słowa "zdradzieckie mordy"? I z góry przepraszam.

Hmmm...

Sekwencja słów "zdradzieckie mordy Żydów" przywołuje przed oczy świata zdradę, denuncjacje, morderstwa na Żydach, uciemiężenie tego narodu, Holokaust, ofiary, egzekucje... W każdym razie martyrologię i to na dodatek przeprowadzoną w sposób zdradziecki. Nikt inaczej nie ma prawa tego rozumieć.

A "zdradzieckie mordy Polaków"? Jak to rozumie Polak? Zapewne tak samo jak wyżej. Natomiast pewnym środowiskom ze świata (i niestety z Polski też) kreującym Polaków na morderców, zdrajców i kolaborantów marzy się, by określenie "zdradzieckie mordy Polaków" oznaczało twarze 😖 owych wykreowanych.
Czy według nich nas nikt nie zdradzał, nie mordował, nie ciemiężył? Nie z tym "mordy Polaków" mają się kojarzyć?

To tak na marginesie w imię tak zwanej "poprawności politycznej". Tak mnie naszło, więc dołączam się do przeprosin (film poniżej) i również przepraszam wszystkie narody, że jestem Polką...

Ponieważ Blogger nie radzi sobie z wyszukaniem tego filmu na YouTube, to zamieszczam link bezpośredni:


I przepraszam za te takie tam refleksje wrednej czarownicy, co to pojęcia nie ma, o czym pisze...
Paszkwil to jest po prostu i antyse...  🤐

Szczególnie polecam:

Fraszka na gościa